Polska rewolucja: Solidarność

Polska rewolucja: Solidarność
Okładka książki "Polska rewolucja: Solidarność"
autor: Timothy Garton Ash
wyd.: Wydawnictwo Most

autor: Timothy Garton Ash; [wstęp Jerzy Holzer]

tytuł oryginalny: The Polish Revolution: Solidarity

wydawnictwo: Wydawnictwo Most

miejsce wydania: Warszawa

rok wydania: 1987

ilość stron: 224

wymiary: 140×200mm

uwagi: przedruk z : Polonia, Londyn 1987

Książka "Polska rewolucja: Solidarność" Timothy Garton Ash 'a jest to jedno z pierwszych kompleksowych opracowań polskiej historii lat 1980-1982.

 

1. W Stoczni im. Lenina

Robotnicy, sierpień 1980

Rządząca partia stanęła przed sądem klasy, z której rzekomo wywodzi swój rodowód i w której imieniu jakoby sprawuje rządy.

Oświadczenie Polskiego Porozumienia Niepodległościowego,

21 sierpnia 1980

 

Ze Stoczni im. Lenina najlepiej pamiętam nie przywódców, Lecha Wałęsę czy Andrzeja Gwiazdę, lecz postać jednego ze zwyczajnych uczestników strajku. Miał dwadzieścia kilka lat, krótko przycięte włosy, przenikliwe spojrzenie i zgrabną sylwetkę. Było w nim coś, co przypominało nieodparcie młodego żołnierza Armii Krajowej, granego przez Zbigniewa Cybulskiego w znakomitym filmie Wajdy Popiół i diament. Może była to brawura, z jaką wspinał się na ogrodzenie Stoczni – a można go zobaczyć na niektórych zdjęciach ze strajku – może dziewczyna, którą sprowadził do Stoczni, by dzieliła z nim jego wielkie przeżycie. Tak czy owak nazwałem go Cybulskim. Teraz wiem, że to było trafne, bo właśnie tacy młodzi ludzie jak Cybulski, którzy odnaleźli siebie w „Solidarności”, nadali ruchowi niezwykłą młodzieńczą dynamikę i nieustraszoność.

Pamiętam też zupełnie inną postać: nieśmiały, starszy urzędnik w biurze prasowym Stoczni, który opowiedział mi, że angielskiego nauczył się w latach trzydziestych od guwernantki, miss Crisp. Pamiętam go, bo się bał, a był to strach przed policją i wojskiem. Bał się, a jednak zgłosił się ochotniczo jako tłumacz.

Nade wszystko zaś pamiętam poczucie, że niesie mnie potężna rzeka. Owa rzeka toczyła się majestatycznie i nieuniknienie ku ujściu Porozumień Gdańskich, a stąd ku morzu „Solidarności”. Wspomnienie moje świadczy, jak złudne są wspomnienia. Bo przecież rezultat strajków sierpniowych wcale nie był nieunikniony. Koleje strajku w Stoczni im. Lenina, podobnie jak i zmieniające się reakcje strony rządowej, były wynikiem niezliczonych sporów, indywidualnych decyzji, przypadku i momentów zwykłego zamieszania. Jak później powiedział Lech Wałęsa z typową emfatyczną przesadą, „strajk załamywał się co pięć minut”.

Kiedy w Warszawie w pierwszej połowie sierpnia Bogdan Borusewicz zorganizował spotkanie działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża z Jackiem Kuroniem, zapatrywali się oni pesymistycznie w ogóle na możliwość dojścia w Stoczni do strajku. W lipcu próbowali wszak bez powodzenia zorganizować strajk przeciwko podwyżkom cen. A przecież istniały już wówczas liczne przykłady udanych strajków – i istniał szczególny przypadek Anny Walentynowicz. „Pani Ania”, jak czule nazywali ją stoczniowcy, była energiczną kobietą w wieku pięćdziesięciu lat, z których trzydzieści przepracowała w Stoczni Gdańskiej. Była bodaj najpopularniejszym członkiem Wolnych Związków Zawodowych. Wyrzucenie z pracy 9 sierpnia było ostatnią z serii represji, jakie spotkały ją za zbieranie z pobliskiego cmentarza resztek świec – miały one posłużyć do robienia nowych na grudniową rocznicę (milicja oskarżyła panią Anię o kradzież). Żądanie przywrócenia lubianej koleżanki do pracy mogło liczyć na szerokie poparcie w Stoczni. Tak więc Wolne Związki Zawodowe zdecydowały się spróbować raz jeszcze.

14 sierpnia przed świtem trzej młodzi robotnicy, poinstruowani przez Bogdana Borusewicza, przed nosami zaspanych strażników przeszmuglowali na teren Stoczni plakaty przygotowane przez Ruch Młodej Polski. Do wpół do szóstej udało się zgromadzić niewielkie grupy ludzi wokół plakatów, na których wypisane były dwa żądania: przywrócić Annę Walentynowicz do pracy i podwyższyć płace o tysiąc złotych. O szóstej, kiedy nadeszła pierwsza zmiana, grupy te przemaszerowały od szatni przez cały dziedziniec stoczni, trzymając transparenty wysoko w górze i wzywając kolegów do przyłączenia się. Ludzie odkładali spawalnicę i schodzili na dół z pionowych ścian wielkich okrętowych kadłubów. Wkrótce było ich ponad stu, ale w cieniu olbrzymich dźwigów, które pochylają się nad terenem Stoczni, byli wciąż zaledwie garstką karzełków.

Kiedy dotarli do głównej bramy – bramy nr 2 – część chciała wymaszerować na ulicę, jak w roku 1970. „Czy pamiętacie, co się stało przy tej bramie dziesięć lat temu?!” – wołali młodzi przywódcy. Z trudem zdołali powstrzymać parcie naprzód, ogłaszając minutę milczenia na cześć ofiar  grudnia, a następnie intonując hymn narodowy. Po hymnie zebrani przystąpili do powoływania komitetu strajkowego. Przerwał im jednak dyrektor naczelny Stoczni, Klemens Gniech, dynamiczny i raczej cieszący się sympatią, którego obecność w tym miejscu zrobiła pewne wrażenie. Gniech wdrapał się na koparkę i obiecał negocjacje pod warunkiem, że strajkujący powrócą do pracy. Tłum zaczął się wahać.

W tym decydującym momencie niewysoki, krępy mężczyzna z dużymi wąsami wdrapał się na koparkę obok Gniecha. Klepnął dyrektora po ramieniu. „Pamięta mnie pan? – zapytał. – Pracowałem tutaj przez dziesięć lat i wciąż uważam się za stoczniowca. Koledzy ufają mi. Już cztery lata, jak straciłem pracę…” Mały elektryk był wciąż popularną postacią w Stoczni. Wielu  pamiętało jego przemówienie z grudnia minionego roku, przeto tłum gromko wyraził aprobatę, kiedy Wałęsa proklamował strajk okupacyjny. Wałęsa umówił się był uprzednio z Borusewiczem i z innymi, że przedostanie się do Stoczni koło szóstej. Nie jest całkiem jasne, dlaczego się spóźnił. Tak czy owak, jego przybycie pod główną bramę po pokonaniu czterometrowego ogrodzenia uratowało zapewne strajk przed załamaniem.

Wkrótce powstał pod jego przewodnictwem komitet strajkowy, do którego weszli delegaci wszystkich niemal oddziałów Stoczni. Pod naciskiem strajkujących posłano dyrekcyjny samochód po panią Anię. Została przywieziona lśniącą limuzyną ku głośno objawianej radości robotników. Rozmowy rozpoczęto w stoczniowej sali szkoleń BHP, długiej i oświetlonej neonami. Wałęsa siedział naprzeciw dyrektora, między modelem szkunera, jaki
widuje się w jacht-klubach, a gipsową statuą Lenina. Mikrofon podłączony do zakładowego radia transmitował wszystkie rozmowy na teren Stoczni… Strajkujący żądali takiej demokratycznej procedury.

Do tej pory wysunięto pięć głównych żądań: przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy; dwa tysiące złotych podwyżki; wyrównanie dodatków rodzinnych do poziomu otrzymywanych przez milicję (które uważano za znacznie wyższe); zapewnienie, że nie będzie represji wobec strajkujących; wreszcie – rzecz najciekawsza – wzniesienie pomnika ofiar Grudnia 1970 roku. W tej sprawie robotnicy nie chcieli ustąpić ani o krok. Gniech wyjaśniał, że teren przed główną bramą jest przeznaczony na nowy szpital przyzakładowy, nowy supermarket i parking, ale strajkujący woleli pomnik. Kierownictwo zakładu proponowało wmurowanie tablicy pamiątkowej w tzw. izbie pamięci, ale robotnicy domagali się pomnika. Jeden z nich wybuchnął: „Chandryczymy się tutaj o zmarłych bohaterów jak ślepi żebracy pod latarnią. Mówicie o planowaniu… Ludzie trzydzieści – przepraszam – czterdzieści lat czekają na pomnik ku czci piętnastu tysięcy polskich wojskowych zamordowanych przez Rosjan w Katyniu! Jak długo jeszcze…?”.

Inny chwycił mikrofon i zwrócił się do robotników stojących na zewnątrz: czy oni chcą pomnika?

Długi, potężny okrzyk wdarł się przez okna. Gniech wycofał się celem uzgodnienia stanowiska z przedstawicielami władz zwierzchnich.

Późnym popołudniem powrócił z wiadomością, że „najwyższa władza” udzieliła w zasadzie zgody na pomnik. Najwyraźniej na najwyższym szczeblu została przygotowana „elastyczna odpowiedź” na ewentualne protesty robotników.

Jeśli władze mniemały, że ustępstwo to spowoduje osłabnięcie strajku, to były w błędzie. Dla Wałęsy ugięcie się drugiej strony w kwestii pomnika stanowiło niewiarygodny sukces. Z tym większą pewnością siebie oświadczył do mikrofonów, że strajk trwa dalej, póki nie zostaną spełnione wszystkie żądania. No i skoro jesteśmy już przy tym razem, to trzeba porozmawiać także o nowych związkach zawodowych… Zamiast z satysfakcją udać się do domów, kilka tysięcy strajkujących zasiadło na pierwszą z wielu nocy, jakie mieli spędzić wewnątrz Stoczni. Niektórzy zdążyli już sobie przynieść zapasową odzież. Na wszystkich bramach postawiono pikiety, a wokół muru w równych odstępach rozmieszczono strażników.

Następnego dnia w Trójmieście zapanował dziwny spokój, albowiem pracownicy transportu miejskiego dołączyli do strajku. Podobnie postąpiła Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni, która miała gorzkie wspomnienia z grudnia 1970. Przywódcą strajku był tu dwudziestodwuletni robotnik Andrzej Kołodziej, wyrzucony uprzednio ze Stoczni Gdańskiej. Tymczasem w komitecie strajkowym w Stoczni im. Lenina panowała niespokojna atmosfera i brakowało jednomyślności. Gniech grał sprytnie, po gierkowsku proponując zróżnicowane podwyżki. Wałęsa trzymał się zasady solidarności, nad którą poprzednio debatowano na tajnych naradach Wolnych Związków Zawodowych: „Chcemy wszyscy tej samej podwyżki – oświadczył – dwa tysiące dla wszystkich, albo nie ma o czym gadać!” Ponawiał też inne żądania, lecz w komitecie strajkowym przybyło teraz wielu starszych robotników, którzy gotowi byli poprzestać na pieniądzach.

I, mimo całej elokwencji Wałęsy, poprzestali. W sobotnie popołudnie 16 sierpnia większość rozszerzonego komitetu strajkowego przyjęła propozycję dyrekcji zakładów: podwyżkę 1500 złotych. Gniech pospiesznie zakomunikował przez radio, że wszyscy pracownicy powinni opuścić Stocznię do szóstej po południu. Jednocześnie Wałęsa musiał stawiać czoła rozwścieczonym delegatom z innych strajkujących zakładów, którzy, jak w Szczecinie w styczniu 1971 roku, zeszli się do największej stoczni. „Jeżeli nas porzucicie, będziemy zgubieni! – krzyczała Henryka Krzywonos, kobieta o męskiej posturze, która przewodziła kierowcom tramwajów i autobusów. – Autobusy nie zwyciężą czołgów!” Alina Pieńkowska, odważna pielęgniarka z Wolnych Związków Zawodowych z grymasem napięcia na szczupłej twarzy, i Ewa Ossowska, działaczka Ruchu Młodej Polski, próbowały zatrzymać potok robotników opuszczających Stocznię, ale głosy ich zagłuszało stoczniowe radio. Niektóre kobiety z tłumu na zewnątrz bramy szydziły z wychodzących mężczyzn. Wałęsa wysłuchał protestów, wyczuł gniew ludzi i szybko zmienił zdanie.

Jeżeli robotnicy tego chcą, to strajk będzie prowadzony nadal, tym razem jako strajk solidarnościowy.

Przez godzinę jeździł po Stoczni na elektrycznym wózku, otoczony przez posągową Annę Walentynowicz z jednej i dziewczęcą Ewę Ossowską z drugiej strony. Był to jakby jakiś niezwykły pojazd karnawałowy, symbolizujący Walkę Robotników, wspieraną przez Cnotę i Młodość.

Fragment książki "Polska rewolucja: Solidarność" Timothy'ego Gartona Asha.

 

 

Timothy Garton Ash

Timothy Garton Ash (ur. 12 lipca 1955 w Londynie) – brytyjski historyk i pisarz. Jego badania koncentrują się głównie na historii współczesnej Europy Środkowej i Wschodniej po 1945 roku. Pisał o reżimach komunistycznych w tym regionie, oraz o przekształceniach byłych państw bloku wschodniego. Kawaler Orderu św. Michała i św. Jerzego, Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec oraz Medalu Zasługi Republiki Czeskiej. Profesor nauk europejskich w Oxfordzie. W 2005 roku Garton Ash znalazł się w czasopiśmie "Time Magazine" jako jeden ze 100 najbardziej wpływowych ludzi.

Za książkę "Polska rewolucja: „Solidarność”" Timothy Garton Ash otrzymał prestiżową brytyjską nagrodę literacką „Somerset Maugham Award”.

Bibliografia utworów wydanych w języku polskim.

  • Polska rewolucja: Solidarność (The Polish revolution: Solidarity​)
  • Niemieckość NRD (The Germanness of the DDR)
  • Wiosna obywateli: Rewolucja 1989: widziana w Warszawie, Budapeszcie, Berlinie i Pradze
  • Pomimo i wbrew – Eseje o Europie Środkowej
  • W imieniu Europy: Niemcy i podzielony kontynent (In Europe’s name)
  • Historia na gorąco: eseje i reportaże z Europy lat 90 (History of the present: essays, sketches and despatches from Europe in the 1990s)
  • Wolny świat: dlaczego kryzys Zachodu jest szansą naszych czasów (Free world: why a crisis of the West reveals the opportunity of our time)
  • Teczka. Historia osobista (The file: a personal history)

Ten artykuł znaleziono szukając poniższych fraz:

timothy garton ash

rewolucja solidarności
timothy ash
polska rewolucja
jerzy holzer
garton ash

Zostaw komentarz